Różaneczniki, trawnik i ogródki na warszawskiej Pradze


Moje różaneczniki proszą o pomoc, a ja nic. Po prostu jak kamień od kilku miesięcy. Nie żebym nigdy nic nie robiła. Robiłam. Kiedy to się zaczęło podsypałam siarczanem magnezu i interwencyjnie opryskałam 1%-owym roztworem magnezu. Czekałam i nic. Ponieważ objawy chlorozy najbardziej widoczne były na tym osobniku co na zdjęciu, więc nim zajmowałam się szczególnie. Drugi i trzeci osobnik z objawami zbrązowienia brzegów blaszek liściowych, traktowany był częściowo podobnie, ale dodatkowo opryskiwałam je ekologicznym preparatem antygrzybowym. I nic.

Pozostałe różaneczniki zostały przesadzone do dużych czarnych plastikowych donic – w których przywiozłam duże sosny – i zakopane w ziemi.
Azalie japońskie i wielkokwiatowe mają się właściwie dobrze, a borówki amerykańskie potrzebujące najbardziej kwaśnego podłoża (4-5 pH) nawet owocowały w ubiegłym roku, więc nie wszyscy są tacy niezadowoleni z mojego towarzystwa.

Właściwie jesienią postanowiłam z dużym żalem, że trzeba będzie niestety tych niezadowolonych wymienić na bardziej współpracujących (ehe!). A tej wiosny popatrzyłam na nie – takie były piękne jak były zdrowe… nie… trzeba dać im jeszcze jedną szansę. Powalczymy jeszcze trochę i zobaczymy.

Pomimo wcześniej wykonywanych starań o właściwe pH, czyli zastosowania i kwaśnego torfu, i kory i grzybów mikoryzowych, badanie pehametrem, kupionym w ubiegłym roku w Castoramie, wykazało odczyn zupełnie uniemożliwiający pobieranie składników odżywczych z podłoża.

Jeżeli naturalnie w ogrodzie ziemia jest neutralna lub alkaliczna (zasadowa), to aby utrzymac właściwe pH pod roślinami kwasolubnymi, właściwie trzeba się przygotować na robienie tego nieustająco. Dlatego, że deszcze wypłukują dodane substancje i pH ponownie jest wyższe. Co oznacza, że zabiegi zakwaszania wykonane przed deszczem spełniają swą rolę tylko częściowo. W jakiej części? Można to zbadać właśnie pehametrem.

Czym zakwaszać ziemię? Tak jak pisałam jest to zabieg, który wykonuje się regularnie. Siarczan magnezu lekko zakwasi ziemię, ale nie zmieni znacząco jej odczynu.
Kanadyjskie Towarzystwo Miłośników Różaneczników i Azalii zaleca używanie w tym celi siarki oraz siarczanu żelaza. Siarkę podobno można kupić w naszych sklepach, ale mi się nie udało. Siarczan żelaza nie występuje – tak mi powiedział doświadczony ogrodnik w sklepie ogrodniczym. Polecił siarczan amonu i podsypywanie trocinami.
Podsypałam poleconym siarczanem amonu i po dwóch dniach lekkiego, non stop padającego deszczu, pH obniżyło się do właściwego dla różaneczników poziomu (pomiędzy 5, a 6 pH) – co widać na poniższym zdjęciu.
Hurra! a i same roślinki też ‚postawiły uszki’ – tak szybko? No właśnie. Bardzo szybko. Co prawda na zmiane koloru liści trzeba będzie poczekać, a i kwitnąć nie będą w tym roku jak w poprzednim, bo cały ambaras trwał przez najważniejszy okres zawiązywania pąków, czyli od lipca. Najważniejsze, że na razie jakby im lepiej.

W międzyczasie, te przesadzone do wielkich donic szykują się do kwitnienia 🙂 Hurra!

W innych źródłach znalazłam informację, że dobrze zakwasza się ziemię wodą z namoczonym w niej wcześniej chlebem razowym żytnim. Hmmm… będę eksperymentować.


Drugi problem jakim postanowiłam się szybko zająć, to trawnik.
Nie poświęcałam mu zbyt dużo uwagi i wygląda jak wygląda. Ta ciemna plama u dołu to rok temu założony fragment – widać od razu że ziemia jeszcze zawiera składniki odżywcze. W tym miejscu leżał kopczyk kamieni usypany przez poprzednich właścicieli. Kamienie przeniosłam w inne miejsce, a tu dosiałam trawę.
Ta jasna część trawnika powyżej – tak wygląda zbita darń, na której nic się nie robiło przez ostatnich kilka lat.
Owszem, miał swoje dobre momenty – jak każdy – gdy był podsypywany azofoską i podlewany chelatem żelaza (poprawia przyswajalność składników odżywczych i daje piękną ciemną zieleń listkom trawy). No, ale poddałam się, bo to jest kółko zamknięte, bo im więcej podsypujesz, tym więcej trzeba kosić. Więc w ramach eksperymentu w ubiegłym roku nie podsypałam nawozem. Na wertykulację ubiegłą wiosną nie starczyło czasu i natchnienia, które było w całości pożarte przez pracę.
Zastanawiało mnie owo wredne zamknięte koło nawożenia i koszenia, aż zaprzyjaźniony projektant ogrodów i ogrodnik z Santa Barbara w Kalifornii doradził mi, aby zastosować nawóz organiczny naturalny, który powoli się uwalnia i powoduje tak szybkich przyrostów, a raczej wzrost stabilnie rozłożony w czasie. Ogrodnik z Santa Barbara to bardzo ciekawa postać – oprócz tego, że obecnie jest znakomitym projektantem i ma swój program w TV, to gdy – wieki temu – ze swoim zespołem grał supporty przed The Doors oraz gdy miał nagranie w studio przez nimi, miał również okazję rozmawiać z Jimem Morrisonem – ciekawe opowieści snuł na ten temat.
Tak więc idąc za jego radą, w tym roku podsypię ten ekstrawagancki 🙂 ehe 🙂 trawnik, nawozem organicznym. Efektami oczywiście będę się dzielić na bieżąco.

Zanim jednak dojdę do nawożenia, to przejdę przez wertykulację, czyli płytkie ponacinanie darni, aby dać trawie przestrzeń do wzrostu. Do tego celu użyłam wertykulatora nabytego 2 lata temu drogą kupna na allegro.
Jest wiele nieporozumień związanych z wertykulacją. Podstawowy zabieg polega na płytkim nacięciu darni. Ma ono na celu usunięcie rozkładających się pozostałości skoszonych źdźbeł trawy, stworzenie lepszych warunków dla dopływu powietrza, wody i składników pokarmowych do korzeni, przygotowanie trawnika do piaskowania lub przygotowanie lepszych warunków do podsiewu oraz przerzedzenie zbyt gęstego zasiewu.
Głęboką wertykulację, która spełni również funkcję aeracji, można wykonać wertykulatorem o mocniejszej konstrukcji, który da możliwość wykonania nacięć głębokich na 5-7 centymetrów – takie zabieg dodatkowo zwiększa elastyczność trawnika oraz przepuszczalność gleby w dolnych warstwach.

Mój werykulator wykonuje nacięcia powierzchniowe i chociaż po zabiegu, z bliska trawnik wygląda smętnie…

To z daleka wygląda jakby zdrowiej i lepiej.
Mam nadzieję, że już wkrótce będzie wyglądał jeszcze lepiej.
Po tych zabiegach, miałam spotkanie na warszawskiej Pradze, gdzie bezpiecznie nie jest. Jest to dzielnica Warszawy, ale jakby miasto samo w sobie. Ludzie tu inaczej wyglądają i mówią – niektórzy nigdy w życiu nie byli po drugiej, lewobrzeżnej stronie Wisły.
Praga bardzo powoli odzyskuje swój blask, artyści przenoszą się właśnie tutaj, ale z tego co pamiętam, to zawsze miała swoje dosyć niezwykłe przyblokowe ogródki. Spore i zadbane – przypominające ogródki wiejskie.

Dzisiaj pokażę dwa ogródki, które mijałam idąc na spotkanie. Nie mogłam się powstrzymać, aby ich nie sfotografować…

Comments

  1. leloop says

    ogrodki fajowe, takie bez pretensji, po to zeby cieszyly ludzkie oko 🙂
    na temat trawnikow i rododendronow nie wypowiadam sie bo: trawnikow nie lubie i moj ogrod staram sie „zagracic” w stopniu maksymalnym, takie „horror vacui”. to co wyglada na trawnik musi sobie radzic samo, ja tylko czasem przejade kosiara. rododendrony i inne kwasnolubne np. kamelie, nie naleza do moich ulubionych. mam w ogrodzie bo pozostaly po poprzednich wlascicielach i tez musza sobie radzic same. maja o tyle latwiej, ze ziemia w Bretanii jest dla nich idealna 🙂
    bardziej w Twej notce zainteresowalo mnie to co mowil Twoj znajomy ogrodnik o Morrisonie 😉
    slyszalam, ze kwasnolubnym mozna podsypac zelaznych gwozdzi ale nie wiem ile moze byc w tym prawdy 😉
    uklony

  2. Ewa says

    leloop, taki ogródek ‚zagracony’ to jest właśnie to! mój jest młody, bo zakładam go od 4 lat, ale powoli trawniczki się zmniejszają 🙂
    Morrison? hmm.. powiem tyle, że najbardziej ciekawe dla mnie była opowieść o jego intuicyjnym budowaniu charyzmy medialnej 🙂
    a swoją drogą to ciekawe co Ty robisz dziewczyno w Bretanii? Podobno piękna to kraina – może ja kiedyś zobaczę 🙂 Byłam kilkakrotnie w Paryżu (prywatnie i słuzbowo) oraz zjechałam zamki nad Loarą, ale do Bretanii nie dojechałam jeszcze 🙂
    Pozdrawiam,

Skomentuj, twoja opinia ma znaczenie :)